Oniryczny Roy Orbison u Lyncha

David Lynch powiedział kiedyś:

„Muzyka lat 50. niosła szczęście, na pewno, ale Elvis śpiewał też „Heartbreak Hotel”. Jest ten słodki smutek i ta cała sprawa ze snem, którą można różnie odbierać. ”

W „Blue Velvet” jest taka jedna scena. Tylko, że śpiewa tam Roy Orbison.

Podobno muzyk często słyszał swoje utwory w snach, a „In Dreams” dokończył w 20 minut po przebudzeniu się. Utwór odzwierciedla proces zasypiania. Zaczyna się cichą melodią na gitarze akustycznej. Towarzyszy temu spokojny, głęboki głos Orbisona w technice śpiewu mówionego. Zaprasza nas do świata marzeń sennych. A gdy już zamykamy oczy, to odpływamy wraz z nim. Dołącza się pianino i perkusja, która nadaje rytm, w który wnikamy. 

W „Blue Velvet” pojawia się postać kryminalisty, Franka (Dennis Hopper), dla którego Ben nagle zaczyna śpiewać balladę Roya Orbisona. Nie wnosi to zbyt wiele do fabuły, a mimo tego doskonale oddaje charakter bohatera. Zostaje tu zdemaskowany. Nie w sposób okiełznać jak wiele zła spotkało tę postać w życiu. Zła, które zadziałało jak kula śnieżna i zrobiło z niego potwora.

Na twarzy Franka widać niesamowite wzruszenie. Mało tego, zaczyna sobie nawet nucić. Doprowadza go do tego przebrany za klauna mężczyzna, śpiewający w romantycznym tonie „Then I fall asleep to dream my dreams of you. In dreams, I walk with you…” Wywołuje to w nim niesamowity spokój. Sentyment do szczęśliwego dzieciństwa, a może do marzeń sennych? Do snów, w których świat wygląda lepiej. Pewnie można by tu też odwołać się do american dream, z którym Lynch tak często koresponduje w swoich filmach. Mnóstwo możliwości interpretacji. 

Znaczące też wydaje się być to, że zanim usłyszymy ”But just before the dawn, I awake and find you gone”, Frank wyłącza muzykę. Nie potrafi pogodzić się z rzeczwistością, ucieka przed nią.

Tylko Lynch potrafi nadać rock’n’rollowej balladzie z lat 50. tak psychodeliczny, oniryczny charakter. Polecam cały film!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *